Rozważanie VI
23 stycznia 2022 roku
ŚWIAT POTRZEBUJE MIŁOSIERDZIA
„…Pochyl się nad nami grzesznymi...” (z Aktu zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu)
„Jestem człowiek grzeszny”
Kim jestem – ja człowiek – stając przed obliczem po trzykroć Świętego Boga (por. Iz 6, 3b)? Kim jesteśmy wobec Najświętszego Boga – my, ludzie?
W imię prawdy z całą pokorą musimy wyznać: jesteśmy grzesznikami. Jest to bolesne stwierdzenie, ponieważ uderza ono w naszą osobistą dumę, więcej jeszcze: ponieważ jest kamieniem obrazy dla naszego żywionego gdzieś w głębinach naszego serca przekonania o naszej wyjątkowości. Jednakże żadną miarą nie da się od tej prawdy uciec.
Tego szczególnego zderzenia ze świętością Boga doświadczył św. Piotr, który na widok cudownego połowu ryb dokonanego przez Jezusa przypadł Mu do kolan i błagalnie wyznał: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5, 8). Tę prawdę o powszechności naszej grzeszności potwierdził św. Jan Apostoł w swoim Pierwszym Liście: „Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki” (1 J 1, 8. 10).
O przyczynach tego stanu rzeczy pisał św. Paweł Apostoł w Liście do Rzymian, wskazując na grzech pierworodny, którego sprawcami byli pierwsi rodzicie: „Przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli. A śmierć rozpanoszyła się od Adama do Mojżesza nawet nad tymi, którzy nie zgrzeszyli przestępstwem na wzór Adama” (Rz 5, 12. 14). Jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego, „po tym pierwszym grzechu prawdziwa «inwazja» grzechu zalewa świat: bratobójstwo popełnione przez Kaina na Ablu; powszechne zepsucie będące następstwem grzechu; w historii Izraela grzech często jawi się przede wszystkim jako niewierność Bogu przymierza i jako przekroczenie Prawa Mojżeszowego. Również po Odkupieniu przez Chrystusa grzech ujawnia się wśród chrześcijan na wiele sposobów” (KKK, 401). W tym stwierdzeniu Katechizm nawiązuje między innymi do nauczania Soboru Watykańskiego II: „To, co wiemy dzięki Bożemu Objawieniu, zgodne jest z doświadczeniem. Człowiek bowiem, wglądając w swoje serce, dostrzega, że jest skłonny także do złego i pogrążony w wielorakim złu, które nie może pochodzić od dobrego Stwórcy. Wzbraniając się często uznawać Boga za swój początek, burzy należyty stosunek do swego celu ostatecznego, a także całe swoje uporządkowane nastawienie czy to w stosunku do siebie samego, czy do innych ludzi i wszystkich rzeczy stworzonych” (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes, 13).
Podobnie wyraził się również papież Franciszek w książce Miłosierdzie to imię Boga, odpowiadając na pytanie: „Dlaczego jesteśmy grzesznikami?”: „Ponieważ istnieje grzech pierworodny. To fakt, którego można doświadczyć. Nasza ludzka natura jest zraniona. Potrafimy rozpoznać dobro i zło, wiemy, co jest złem, staramy się podążać drogą dobra, ale z powodu naszej słabości upadamy i wybieramy zło. To konsekwencja grzechu pierworodnego, którego jesteśmy świadomi dzięki objawieniu. Opowieść o grzechu Adama i Ewy, o buncie przeciwko Bogu, o którym czytamy w Księdze Rodzaju, posługuje się bardzo obrazowym językiem, by ukazać coś, co naprawdę się wydarzyło na początku ludzkości”.
Pisząc w książce Pamięć i tożsamość o grzechu pierworodnym i o związanej z nim grzesznej naturze człowieka, Jan Paweł II nawiązał do nauki, zawartej w dziele św. Augustyna O państwie Bożym. „Święty Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu w następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei – «miłość siebie aż do negacji Boga» (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui – miłość własna – popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: «Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło» (Rdz 3, 5), czyli będziecie sami stanowić o tym co jest dobrem, a co złem. I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque ad contemptum sui – «miłość Boga aż do negacji siebie»”.
Ten drugi rodzaj miłości dokonał się na mocy Wcielenia i Paschy Chrystusa – na skutek Jego Przejścia z tego świata do Ojca poprzez cierpienia, mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Wtedy to, jak pisze św. Paweł, dostąpiliśmy usprawiedliwienia przez wiarę (por. Rz 5, 1). Została nam bowiem przywrócona godność dzieci Bożych. Żyjąc chrześcijańską wiarą i miłością, dostępujemy zbawienia na skutek nadziei. „W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni”, ponieważ oglądamy jej spełnianie się na nas (por. Rz 8, 24). W tym stwierdzeniu św. Pawła zawarte są dwa momenty (zbawienie i nadzieja), odnoszące się do trzech różnych czasów. Jest najpierw czas przeszły: nasze zbawienie już się dokonało na krzyżu naszego Pana Jezusa Chrystusa. Pisze bowiem Apostoł Narodów: „Będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna” (Rz 5, 10a). To zbawcze wydarzenie daje nam nadzieję na szczęśliwą przyszłość (drugi czas – przyszłość): „Tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie. Przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” (Rz 5, 10b. 19b). W tym też sensie, dzięki nadziei, wynikającej z naszej wiary w Jezusa Chrystusa i Jego zbawcze dzieło, „już jesteśmy zbawieni”. Ta nadzieja ożywia nasze aktualne życie, które jest życiem w Jezusie Chrystusie. Dlatego też, jak pisze św. Paweł, „chlubić się możemy w Bogu przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego teraz uzyskaliśmy pojednanie” (Rz 5, 11). Oglądamy zatem teraz (trzeci czas – teraźniejszość) spełnianie się naszej nadziei pełni szczęśliwego życia, ponieważ nie tylko chlubimy się w Bogu, ale także otrzymujemy „obfitość łaski i daru sprawiedliwości” (por. Rz 5, 17).
Tak właśnie, w tych trzech wymiarach czasowych, przeżywać winniśmy nasze wszczepienie w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, które zaczęło się w nas z chwilą przyjęcia sakramentu chrztu świętego. Niestety, na skutek zranienia ludzkiej natury przez grzech pierworodny, nosimy w sobie skłonność do grzechu. Nieustannie tkwi w nas możliwość okazywania wobec Boga kolejnych niewierności. To sprawia, że ciągle jesteśmy ludźmi grzesznymi. Dlatego też w modlitwie Ave Maria – „Zdrowaś Maryjo”, którą w 1566 roku papież Pius V włączył ostatecznie do brewiarza rzymskiego, oficjalnie ją w ten sposób uznając za modlitwę Kościoła, znajduje się jakże przejmujące wezwanie skierowane do Maryi, aby modliła się „za nami grzesznymi”. Kiedy św. Jan Paweł II Wielki oddawał świat Bożemu miłosierdziu, prosił Boga podobnie: aby w swej łaskawości zechciał On pochylić się „nad nami grzesznymi”.
Amor sui usque ad contemptum Dei
Jednak przeżycie grzeszności jest możliwe jedynie wówczas, gdy człowiek staje twarzą w twarz wobec świętości Boga. Tylko wtedy może on poznać pełną prawdę o sobie samym. Jeśli natomiast usunie Boga z horyzontu swojego życia, wewnętrznie się gubi – nie wie, ani kim naprawdę jest, ani skąd pochodzi, ani też jaki jest sens i ostateczny cel jego istnienia. W jego życiu nie ma już miejsca na grzech – co najwyżej mogą się pojawić błędy i pomyłki. Do głosu dochodzi wtedy jego amor sui – miłość siebie samego, która, według św. Augustyna, dąży usque ad contemptum Dei – aż do negacji i wzgardzenia Bogiem. Na tym w swej istocie polegał, zdaniem Augustyna, grzech Adama. Jest to przy tym szczególny rodzaj amor sui – miłości siebie, który przyjmuje kształt bezgranicznej pychy, pozwalającej człowiekowi osądzić nawet samego Boga.
W okresie nowożytnym, zwłaszcza w Oświeceniu, które programowo odrzucało chrześcijaństwo, tego typu postawy były obecne, szczególnie w osiemnastowiecznej Francji. Jednakże swój szczyt osiągnęły one w życiu i w dziełach człowieka, który ostentacyjnie uważał się za ateistę i zwolennika czysto materialistycznej wizji świata: u żyjącego w latach 1723-1789 francuskiego, choć wywodzącego się z Niemiec, filozofa i encyklopedysty barona Paula Henri’ego d’Holbacha. We fragmencie dzieła zatytułowanego System przyrody podjął on zagadnienie rzeczy ostatecznych, czekających człowieka po śmierci. Z założenia odrzucał on w swej filozofii możliwość istnienia zarówno Boga, jak i nieśmiertelności ludzkiej duszy. Jednakże przyjął czysto hipotetyczną możliwość zarówno istnienia Boga, jak i tego że po śmierci człowiek stanie przed Nim, zdając rachunek ze swego życia. Przygotował zatem rodzaj mowy obrończej, a raczej oskarżycielskiej, jaką wtedy człowiek powinien wygłosić wobec Najwyższego.
W pierwszej części tej mowy człowiek jako „cnotliwy ateista” powinien, zdaniem Holbacha, uzasadnić swój ateizm, wskazując na niedoskonałości stworzonego przez Boga świata, który swym kształtem daje więcej argumentów na to, że Boga nie ma, niż na to, że On naprawdę istnieje. Powinien zatem wyrzucać wprost Najwyższemu: „Boże (…) Ojcze, który uczyniłeś się niewidzialnym dla twego dziecka! Niepojęta i utajona siło, której nie umiałem wykryć! Przebacz, jeśli mój ograniczony umysł nie potrafił dostrzec cię w przyrodzie, w której wszystko wydawało się konieczne! Daruj, jeśli moje wrażliwe serce nie umiało rozpoznać twych majestatycznych rysów pod rysami tyrana, którego wielbi – drżąc ze strachu – człowiek zabobonny. W tym nagromadzeniu sprzecznych cech, w jakie wyposażyła cię wyobraźnia, mogłem widzieć tylko urojenie. Jakże mój niedoskonały wzrok mógł dostrzec cię w przyrodzie, w której zmysły mogły poznać tylko byty materialne i formy nietrwałe? Czy przy pomocy tych zmysłów mogłem poznać twą duchową istotę, której nie były one w stanie poddać doświadczeniu? Czy twoje dzieła, równie często szkodliwe, jak korzystne dla istot mego gatunku, mogły stanowić dla mnie niezbite dowody twojej dobroci? Czy mój słaby mózg, który musiał sądzić o wszystkim według siebie, mógł wyrokować o twych planach, o twej mądrości i inteligencji, skoro cały wszechświat ukazywał mi tylko ciągłe przeplatanie się ładu i nieładu, dobra i zła, powstawania i zniszczenia? Czy mogłem składać hołdy twej sprawiedliwości, skoro tak często widziałem triumf występku i łzy cnoty? Czy mogłem rozpoznać głos istoty pełnej mądrości w tych dwuznacznych, sprzecznych i naiwnych wyroczniach, jakie oszuści głosili w twoim imieniu, w rozmaitych częściach ziemi, którą właśnie opuściłem? Jeżeli nie chciałem uwierzyć w twoje istnienie, to dlatego, że nie wiedziałem, ani czym możesz być, ani gdzie można cię umieścić, ani jakie cechy można ci przypisać. Moja ignorancja jest wybaczalna, bo nie można było jej zaradzić; umysł mój nie mógł ugiąć się przed autorytetem kilku ludzi, którzy przyznawali, że wiedzą o twej istocie równie mało jak ja; sprzeczali się stale i zgadzali się ze sobą tylko wtedy, gdy rozkazywali mi władczo, abym złożył im w ofierze rozum, którym mnie obdarzyłeś”.
W drugiej części swojej mowy obrończej ów „cnotliwy ateista” powinien przyrównać się w swojej osobistej dobroci do dobroci samego Boga. Co więcej: powinien przedstawić się Bogu jako ktoś, kto całkowicie wypełnił Jego prawa w relacji do bliźniego. Holbach włożył więc w jego usta następujące słowa: „Ale, o Boże, jeżeli kochasz swoje stworzenia, to i ja kochałem je również; usiłowałem uszczęśliwiać je w świecie, w którym żyłem. Jeżeli to ty stworzyłeś rozum, to wiedz, że byłem mu zawsze posłuszny. Jeżeli miłujesz cnotę, to wiedz, że moje serce czciło ją zawsze; nigdy jej nie uchybiłem i w miarę mych sił sam stosowałem ją w życiu: byłem czułym małżonkiem i ojcem, szczerym przyjacielem, wiernym i gorliwym obywatelem. Wyciągałem pomocną dłoń do nieszczęśliwego, pocieszałem strapionego. Jeżeli nawet wady mojej natury były szkodliwe dla mnie lub przykre dla innych, to nie skrzywdziłem nigdy biedaka niesprawiedliwymi postępkami, nie odbierałem ubogiemu środków do życia, nie byłem nieczuły na łzy wdowy ani na skargę sieroty. Jeżeli uczyniłeś człowieka istotą towarzyską, jeżeli chciałeś, by społeczeństwo istniało i było szczęśliwe, to wiedz, że byłem zawsze wrogiem tych wszystkich, którzy je uciskali lub oszukiwali, aby ciągnąć zyski z jego nieszczęść”.
Z kolei swoje błędy, jakich się dopuścił za życia, „cnotliwy” ateista powinien, zdaniem autora Systemu przyrody, całkowicie usprawiedliwić tym, że takie a nie inne cechy swojej natury otrzymał właśnie od Boga Stwórcy, i że to właśnie one doprowadziły go do nie zawsze słusznych wyborów i decyzji. Inaczej mówiąc, to sam Bóg jest winien wszystkich życiowych błędów człowieka, ponieważ stworzył go jako istotę niedoskonałą. „Moje błędy były skutkami temperamentu, jakim mnie obdarzyłeś, okoliczności, w jakich mnie umieściłeś bez mojej zgody, idei, które zapełniły mój umysł bez udziału mej woli. Jeżeli – jak zapewniają – jesteś dobry i sprawiedliwy, to nie możesz karać mnie za wybryki mojej wyobraźni i za błędy spowodowane przez namiętności, które były koniecznym następstwem otrzymanej od ciebie konstytucji fizycznej. Nie mogę więc się obawiać ani lękać losu, jaki mi gotujesz. Twoja dobroć nie pozwoliłaby, aby nie dające się uniknąć błędy mogły ściągnąć na mnie karę. Dlaczego nie odmówiłeś mi raczej życia zamiast powoływać mnie do szeregu istot inteligentnych i dawać mi zgubną wolność unieszczęśliwiania się?”.
Na koniec Holbach był gotów wydać taki oto wyrok na samego Boga: „Gdybyś chciał wymierzyć mi surową i wieczystą karę za to, że słuchałem rozumu, którym mnie obdarzyłeś, gdybyś ukarał mnie za moje złudzenia, gdybyś gniewał się za to, że byłem słaby i wpadłem w sidła, jakie zewsząd na mnie zastawiłeś – byłbyś najokrutniejszym i najniesprawiedliwszym z tyranów; nie byłbyś Bogiem, lecz złośliwym demonem; musiałbym poddać się twemu prawu i nasycić twoje okrucieństwo, ale byłbym dumny z tego, że na jakiś czas przynajmniej zrzuciłem twe nieznośne jarzmo”.
Amor sui usque ad contemptum Dei – miłość siebie aż do negacji i wzgardzenia Bogiem. Powyższy wyrok Holbacha odnoszący się do Boga śmiało można by uznać za swoiste „credo” ludzkiej pychy. Nie darmo zajmuje ona pierwsze miejsce pośród wszystkich grzechów głównych, z których wywodzą się inne grzechy.
Amor Dei usque ad contemptum sui
Odpowiedzią Boga na ludzki amor sui usque ad contemptum Dei stał się urzeczywistniony przez Jezusa Chrystusa amor Dei usque contemptum sui – „miłość Boga aż do negacji siebie”. Przejmująco wyraził to św. Paweł Apostoł w Liście do Filipian, pisząc o kenozie, czyli o podwójnym ogołoceniu i wyniszczeniu się Syna Bożego, który „do końca nas umiłował” (por. J 13, 1), wypełniając zbawczą wolę Swego Ojca: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 6-8). Świętemu Pawłowi wtóruje autor Listu do Hebrajczyków, pisząc następująco o Chrystusie: „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga kapłanem na wzór Melchizedeka” (Hbr 5, 7-10).
Do dzieła zbawiania świata przez krzyż zaprosił Pan Jezus swoich uczniów, mówiąc do nich: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mk 8, 24-26).
W dziejach Kościoła pojawiło się bardzo wielu świętych, którzy wybrali drogę naśladowania Jezusa pokornego, uniżonego, z miłością dźwigającego krzyż za zbawienie świata. Pośród nich poczesne miejsce zajmuje żyjący na przełomie XII i XIII wieku św. Franciszek z Asyżu. W swoim życiu tak bardzo upodobnił się do Chrystusa, iż mówiono, że jeśli ktoś ujrzał św. Franciszka, to w rzeczywistości widział samego Chrystusa. Po dzień dzisiejszy pobudza on wyobraźnię wielu osób, próbujących nawiązać do licznych związanych z nim legend i podań, zawartych między innymi w słynnych Fioretti, czyli w Kwiatkach Świętego Franciszka. Natomiast w opowieści Dzieje błogosławionego Franciszka i jego towarzyszy (Actus beati Francisci et sociorum eius) ich anonimowy autor ukazał, w jaki sposób brat Maciej poddawał próbie pokorę św. Franciszka. „Gdy święty Franciszek mieszkał w Porcjunkuli wraz z bratem Maciejem, człowiekiem wielce świątobliwym, który wiele zdziałał łaską słowa Bożego i wielką roztropnością, stąd też bardzo był miłowany przez Świętego, i gdy pewnego dnia wracał święty Franciszek z lasu, gdzie przebywał na modlitwie, i już wychodził z lasu, brat Maciej spotkawszy go, chciał wypróbować, ile ma pokory i rzekł do świętego Franciszka: «Dlaczego za tobą? Dlaczego za tobą? Dlaczego za tobą?». Odpowiedział święty Franciszek: «Cóż mówisz, bracie Macieju?». «Gdyż jak widać, cały świat poszedł za tobą, wszyscy chcą cię widzieć, ciebie słyszeć i tobie być posłusznymi. A ty ani nie jesteś piękny, ani nie masz wielkiej wiedzy czy mądrości, ani nie jesteś szlachetnie urodzony! Dlaczego więc cały świat idzie za tobą?». Błogosławiony Franciszek zaś, słuchając tego, cały rozradowany w duchu, wznosząc oblicze ku niebu, przez długi czas stał z myślą zwróconą ku Bogu, a ocknąwszy się, uklęknąwszy i złożywszy dziękczynienie Bogu, w wielkiej żarliwości ducha zwrócił się do brata Macieja i rzekł: «Chcesz wiedzieć, dlaczego za mną? Chcesz wiedzieć i dokładnie poznać, dlaczego za mną idzie cały świat? Zostało mi to wyświadczone poprzez najświętsze oczy Boga, które na każdym miejscu wypatrują dobrych i złych. Albowiem te błogosławione i najświętsze oczy nie widziały pomiędzy złymi większego grzesznika, podlejszego i głupszego ode mnie; przeto, aby spełnić to cudowne dzieło, które Bóg zamierzył uczynić, nie widział na ziemi podlejszego stworzenia, tak więc mnie wybrał, gdyż Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć, i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by zawstydzić szlachetnych i możnych, i mocnych, by wzniosłość cnót była z Boga, a nie ze stworzenia, tak, by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga, lecz aby w Panu się chlubił ten, kto się chlubi, aby Bogu samemu była cześć i chwała na wieki wieków». Wtedy brat Maciej osłupiał, słysząc tak pokorną odpowiedź, wypowiedzianą z takim żarem ducha i poznał prawdziwie, że święty ojciec utwierdzony był w prawdziwej pokorze, jak prawdziwy pokorny uczeń Jezusa Chrystusa”.
Piękna, na poły legendarna opowieść, która już sama w sobie pozwala nam postawić św. Franciszka w skrajnej opozycji do postawy reprezentowanej przez barona Holbacha. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że nabożeństwo św. Franciszka do Krzyża Świętego i jego tajemnicy najbardziej głęboko ukazało się w stygmatach, jakie otrzymał na górze Alwernia dwa lata przed śmiercią. Według przekazanych opisów, św. Franciszek wstąpił na tę górę, aby zgodnie ze swoim zwyczajem odbyć tam czterdziestodniowy post na cześć św. Michała Archanioła. Z jednej strony odczuwał wtedy wielkie uniesienia wewnętrzne, z drugiej natomiast boleśnie doświadczał udręk duchowych i pokus. Przede wszystkim jednak chciał być posłuszny woli Bożej. Dlatego też, aby ją należycie odczytać, „polecił socjuszowi, człowiekowi świętemu, oddanemu Bogu, otworzyć w imię Trójcy Przenajświętszej wziętą z ołtarza księgę Ewangelii. Gdy więc przy trzykrotnym otwarciu księgi okazało się, że zawsze natrafił na opis Męki Pana, zrozumiał mąż przepełniony Bogiem, że jak naśladował Chrystusa w życiu czynnym, tak teraz powinien upodobnić się do Niego w udrękach i bólach męki, zanim odejdzie z tego świata” (Bonawentura, Życiorys większy, XIII, 2).
Niewiele później, około święta Podwyższenia Krzyża 14 września 1224 roku, Franciszek „ujrzał w widzeniu Bożym stojącego nad sobą mężczyznę, mającego jakby sześć skrzydeł, z rękami rozciągniętymi, a nogami złączonymi, przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się nad głową, dwa wyciągały do lotu, dwa wreszcie okrywały całe ciało. Gdy święty sługa Najwyższego ujrzał to widzenie, jak najbardziej zadziwił się, ale nie wiedział, co ono miało dlań znaczyć. Bardzo się ucieszył i mocno uradował miłym i łaskawym względem, z jakim Serafin patrzył na niego. Jego piękno było niezwykle urzekające, ale całkowicie przejmowało trwogą jego przybicie do krzyża i udręczenie męką. Powstał więc, żeby tak powiedzieć, smutny i radosny, a radość i smutek na przemian brały w nim górę. Pilnie myślał, co by to widzenie miało znaczyć i duch jego bardzo trapił się uchwyceniem tego znaczenia. I gdy tak nic pewnego nie pojmował z tej wizji, a jej nowość ogromnie zajęła mu serce, oto na jego rękach i stopach zaczęły ukazywać się znamiona gwoździ, jak to krótko przedtem widział nad sobą u męża ukrzyżowanego. Jego ręce i stopy wyglądały przebite w samym środku gwoździami. Główki gwoździ ukazywały się po wewnętrznej stronie dłoni i na wierzchu stóp, a ostrza ich były po stronie odwrotnej. (...) Także prawy bok, jakby przebity, miał podłużną bliznę, która często krwawiła, tak że po wiele razy jego tunika spodnie były spryskane świętą krwią” (Tomasz z Celano, Życiorys pierwszy, 94-95). Bonawentura dodał do tego opisu dodatkowe szczegóły. Powołując się na naocznych świadków stygmatów Franciszka, stwierdzał, że „samo zaś zagięcie gwoździ pod stopami była tak sterczące i tak na zewnątrz wystające, że nie tylko nie pozwalało swobodnie stawiać stopy, ale nawet w otwór, gdzie było zagięcie, można było włożyć palec ręki” (Bonawentura, Życiorys mniejszy, VI, 3).
Franciszek starał się, jak mógł, ukrywać przed innymi te znaki szczególnej, prawdziwie bolesnej bliskości, którymi obdarzył go ukrzyżowany Chrystus. Z całą pewnością jednak wiedziała o nich św. Klara i jej siostry, w których klasztorze San Damiano przez jakiś czas przebywał św. Franciszek, zanim nie poprosił, by go przeniesiono do Porcjunkuli, gdzie zapragnął odejść z tego świata i na zawsze połączyć się z Chrystusem. Święta Klara uszyła mu nawet rodzaj specjalnych butów, które swym kształtem miały łagodzić naznaczone ranami Chrystusa stopy Biedaczyny. O Franciszkowych stygmatach świat miał się dowiedzieć dopiero po jego śmierci. Stało się bowiem tak dlatego, że Poverello zażyczył sobie, aby ostatnie chwile jego ziemskiego życia były naznaczone skrajnym ogołoceniem. Jak pisze Tomasz z Celano, „zmożony bardzo ciężką chorobą, co zamknęła serię wszystkich jego schorzeń, kazał się nagim położyć na gołej ziemi, iżby w ostatniej godzinie, w której wróg mógł jeszcze nacierać, jako «nagi walczył z nagim». (…) Po zdjęciu szaty z żebraczego worka został położony na ziemi. Jak zwykle twarz skierował ku niebu i cały wpatrywał się w jego chwałę. Lewą ręką zakrywał ranę prawego boku, by jej nie widziano. (…) Nadeszła godzina śmierci i, po wypełnieniu się na nim wszystkich Chrystusowych tajemnic, szczęśliwie uleciał do Boga” (Tomasz z Celano, Życiorys drugi, 214, 217).
Franciszkowy amor Dei usque ad contemptum sui – „miłość Boga aż do negacji siebie” – osiągnęła wtedy swoje apogeum.
Mysterium Crucis i mysterium Misericordiae
Jak pisał św. Jan Paweł II w książce Pamięć i tożsamość, „pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque ad contemptum sui – «miłość Boga aż do negacji siebie». Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarą stał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: «przekonać świat o grzechu». A celem tego «przekonywania» nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazywać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque ad contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia. Bóg w Jezusie Chrystusie pochyla się nad człowiekiem, aby podać mu dłoń, ażeby go dźwignąć za każdym razem, gdy upada, ażeby go stale podnosić i wspomagać w podejmowaniu z mocą nowej drogi. Człowiek nie potrafi powstać o własnych siłach. Potrzebuje mocy Ducha Świętego. Jeżeli odrzuca tę pomoc, wówczas dopuszcza się grzechu, który Chrystus nazwał «bluźnierstwem przeciwko Duchowi», oznajmiając równocześnie, że jest on nieodpuszczalny (por. Mt 12, 31). Dlaczego nieodpuszczalny? Dlatego, że wyklucza w samym człowieku pragnienie odpuszczenia. Człowiek odpycha miłość i miłosierdzie Boga, gdyż sam uważa się za Boga. Mniema, że sam sobie potrafi wystarczyć”.
Tego Bożego miłosierdzia może grzeszny człowiek doświadczyć wtedy, gdy przystąpi do sakramentu pokuty i pojednania. O jego fundamentalnym dla wiecznego zbawienia znaczeniu, w tym również o wadze samej spowiedzi świętej Siostra Faustyna wielokrotnie pisała w swoim Dzienniczku. Przebywając jesienią 1934 roku w Wilnie, dzieliła się najpierw tym, czego sama „doświadczyła i przeżyła we własnej duszy” (por. Dz. 112): „Pragnę powiedzieć trzy słowa do duszy, która pragnie stanowczo dążyć do świętości i odnosić owoc, czyli pożytek ze spowiedzi. Pierwsze – całkowita szczerość i otwartość. Najświętszy i najmądrzejszy spowiednik nie może gwałtem wlać w duszę tego, co pragnie, jeżeli dusza nie będzie szczera i otwarta. Dusza nieszczera i skryta naraża się na wielkie niebezpieczeństwo w życiu duchownym i sam Pan Jezus nie udziela się takiej duszy w sposób wyższy, bo wie, że ona nie odniosłaby korzyści z tych łask szczególnych. Drugie słowo – pokora. Dusza nie korzysta należycie z sakramentu spowiedzi, jeżeli nie jest pokorna. Pycha duszę utrzymuje w ciemności. Ona nie wie i nie chce dokładnie wniknąć w głąb swej nędzy, maskuje się i unika wszystkiego, co by ją uleczyć miało. Trzecie słowo – to posłuszeństwo. Dusza nieposłuszna nie odniesie żadnego zwycięstwa, chociażby ją sam Pan Jezus bezpośrednio spowiadał. Spowiednik najdoświadczeńszy nic takiej duszy nie pomoże. Na wielkie nieszczęścia naraża się dusza nieposłuszna i nic nie postąpi w doskonałości, i nie da rady w życiu duchownym. Bóg najhojniej obsypuje duszę łaskami, ale duszę posłuszną” (Dz. 113).
Powyższe wskazania Sekretarki Bożego Miłosierdzia, związane z sakramentem pokuty i pojednania, udzielone przez nią wszystkim ludziom spragnionym przebaczenia i umocnienia ze strony Pana Jezusa, znalazły przejmujące potwierdzenie w osobistym świadectwie, jakie o swojej spowiedzi z dnia 13 grudnia 1936 roku przekazała Siostra Faustyna: „Spowiedź przed Jezusem. Kiedy rozważyłam, że już trzeci tydzień nie byłam u spowiedzi – rozpłakałam się, widząc grzeszność swojej duszy i pewne trudności. U spowiedzi nie byłam, bo tak się składały okoliczności. Kiedy była spowiedź, ja leżałam w ten dzień. Na drugi tydzień spowiedź była po południu, a ja wyjechałam przed południem do szpitala. Dziś po południu wszedł do mojej separatki Ojciec Andrasz i zasiadł, abym się spowiadała. Nie zamienił wpierw ani jednego słowa. Ucieszyłam się niezmiernie, bo bardzo pragnęłam się spowiadać. Odsłoniłam całą swoją duszę, jak zwykłe. Ojciec odpowiadał mi na każdy drobiazg. Dziwnie się czułam szczęśliwą, że mogłam tak wszystko wypowiedzieć. Pokutę zadał mi: Litanię do Imienia Jezus. Kiedy chciałam przedstawić trudność, jaką mam do odmawiania tej litanii, wstał i udziela mi rozgrzeszenia. Nagle Wielka jasność zaczęła bić od Jego postaci i widzę, że to nie jest Ojciec A., tylko Jezus. Szaty Jego jasne jak śnieg i natychmiast znikł. W pierwszej chwili, byłam trochę zaniepokojona, ale po chwili jakiś spokój wstąpił w moją duszę, ale zauważyłam, że Jezus tak samo spowiada, jak spowiednicy, ale jednak serce moje podczas tej spowiedzi dziwnie coś przenikało, nie mogłam w pierwszej chwili tego zrozumieć, co to znaczy” (Dz. 817).
Objawienia Pana Jezusa z końca 1937 roku i początku 1938 roku pogłębiły w Siostrze Faustynie świadomość tajemnicy Bożego Miłosierdzia urzeczywistniającej się w sakramencie pokuty. W czasie Świąt Bożego Narodzenia 1937 roku zapisała w swoim Dzienniczku: „Powiedział mi Jezus – «Córko moja, pisz, mów o Moim miłosierdziu. Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia; tam są największe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawić dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku już nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni»” (Dz. 1448). Niewiele później, 13 lutego 1938 roku, Siostra Faustyna zanotowała: „Dziś powiedział mi Pan: «Córko, kiedy przystępujesz do spowiedzi świętej, do tego źródła miłosierdzia Mojego, zawsze spływa na twoją duszę Moja krew i woda, która wyszła z serca Mojego, i uszlachetnia twą duszę. Za każdym razem, jak się zbliżasz do spowiedzi świętej, zanurzaj się cała w Moim miłosierdziu z wielką ufnością, abym mógł zlać na duszę twoją hojność swej łaski. Kiedy się zbliżasz do spowiedzi, wiedz o tym, że Ja sam w konfesjonale czekam na ciebie, zasłaniam się tylko kapłanem, lecz sam działam w duszy. Tu nędza duszy spotyka się z Bogiem miłosierdzia. Powiedz duszom, że z tego źródła miłosierdzia dusze czerpią łaski jedynie naczyniem ufności. Jeżeli ufność ich będzie wielka, hojności Mojej nie ma granic. Strumienie Mej łaski zalewają dusze pokorne. Pyszni zawsze są w ubóstwie i nędzy, gdyż łaska Moja odwraca się od nich do dusz pokornych»” (Dz. 1602).
Dziękczynienie
„Módl się za nami grzesznymi” – błagamy Maryję w modlitwie „Zdrowaś Maryjo”. Tę modlitwę wielokrotnie odmawiała Siostra Faustyna, zwłaszcza wtedy, gdy w swe dłonie brała święty różaniec.
„Pochyl się nad nami grzesznymi...” – dnia 17 sierpnia 2002 roku w krakowskich Łagiewnikach prosił miłosiernego Boga Ojca św. Jan Paweł Wielki, zawierzając świat Bożemu Miłosierdziu.
Siostra Faustyna wiedziała aż nadto dobrze, że, mimo iż z całych sił zdążała do świętości, jest istotą słabą i grzeszną. Ale też równie dobrze wiedziała, że Matka Najświętsza modli się i wstawia za nią u Swego Syna. I że przede wszystkim tak często pochyla się nad nią sam Miłosierny Chrystus. Z tej świętej jej wiedzy we wrześniu 1937 roku zrodziła się w jej duszy wielka dziękczynna modlitwa za wszystkie łaski, jakimi obsypywał i nieustannie obdarza ją Pan Bóg, w tym również za spowiedź świętą, która pozwalała jej, grzesznej osobie, powstawać ciągle na nowo i prowadzić dialog ze swym Bożym Oblubieńcem:
„Dzięki Ci, Panie, za spowiedź świętą,
Za to źródło wielkiego miłosierdzia,
Które jest niewyczerpane,
Za tę krynicę łask niepojętą,
W której dusze grzechem zmazane bieleją” (Dz. 1286).
© Wydawnictwo św. Stanisława BM w Krakowie