17 października 2021 roku
Rozważanie III
JEZU, UFAM TOBIE
„...który objawiłeś swoją miłość w Twoim Synu Jezusie Chrystusie” (z Aktu zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu)
Obraz Dokładnie dziewięćdziesiąt lat temu, 22 lutego 1931 roku, Siostra Faustyna przebywała w klasztorze w Płocku. Jak pisze w swoim Dzienniczku – była to wówczas I Niedziela Wielkiego Postu – „wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, a podpisem: «Jezu, ufam Tobie». Pragnę, aby obraz ten czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie” (Dz, 47).
Słowo „Pragnę”, które usłyszała Siostra Faustyna, jest wyraźnym echem tego „Pragnę”, które słyszeli stojący na Golgocie pod krzyżem Jezusa ludzie (por. J 19, 28). Żołnierze myśleli, że Ukrzyżowany skarżył się wtedy na swoje wielkie pragnienie, od którego Jego gardło stało się suche jak skorupa, a język przywarł do podniebienia – jak to zostało zapowiedziane w Psalmach 22 i 69. Dlatego podali Mu ocet do ust (por. J 19, 29). Tymczasem w słowie „Pragnę” należy odkryć wyraźne nawiązanie ze strony Jezusa do tego „Pragnę”, które wypowiedział, gdy odsłaniał uczniom istotę swojej zbawczej działalności: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12, 49). Ogień, o którym mówił, był ogniem miłości Ojca do świata – miłości nieskończonej, bezgranicznej, miłosiernej. Tę Jego miłość Jezus głosił, o niej nauczał, do odpowiedzi na nią wzywał, o niej cierpiąc na krzyżu w najwyższym stopniu poświadczał. Że Panu Jezusowi w czasie Jego rozmowy z Siostrą Faustyną właśnie o tę zbawczą miłość chodziło, świadczą dwie obietnice, które złączył z obrazem, jaki zgodnie z Jego wolą miał zostać namalowany: „Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja Sam bronić ją będę jako Swej chwały” (Dz, 48).
Kiedy ponad trzy lata później, w czerwcu 1934 roku, Siostra Faustyna po raz pierwszy zobaczyła obraz, który zgodnie z jej wskazówkami namalował w Wilnie artysta malarz Eugeniusz Marcin Kazimirowski, była wyraźnie zasmucona. Postać Pana Jezusa daleko odbiegała bowiem od Jego rzeczywistego piękna, które dane było jej ujrzeć podczas wizji w Płocku. Wróciła do klasztoru i tam w kaplicy długo z żalu płakała. W końcu „rzekłam do Pana: «Kto Cię wymaluje tak pięknym, jakim jesteś?» – Wtem usłyszałam takie słowa: «Nie w piękności farby, ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce Mojej» (Dz, 313).
Wielkie znaczenie obrazu Jezusa Miłosiernego leży zatem w tym, że wraz ze swym podpisem „Jezu, ufam Tobie!”, jest Jego łaską – a zatem Jego darem dla ludzi!
Dar
Czym jest dar? Jest on szczególnym wydarzeniem, które dokonuje się między osobami powiązanymi ze sobą relacją miłości. Osoba miłująca pragnie coś dać z siebie osobie miłowanej – coś, co sprawi jej radość i przyniesie jej autentyczne dobro. Z kolei osoba miłowana, ufając osobie miłującej, to „coś” przyjmie, wierząc, że otrzymywane dobro rzeczywiście ją ubogaci. Dlatego będzie się starała odpowiedzieć osobie miłującej, odwzajemniając się własną dobrocią. W ten sposób dar pogłębia wzajemne więzi między osobami. Zawsze jednak fundamentem tych więzi jest miłość osoby miłującej do miłowanej, a warunkiem przyjęcia daru jest ufność osoby miłowanej do miłującej.
Dar może się wydarzać na różnych poziomach. Pierwszym z nich jest jakaś posiadana przez osobę miłującą rzecz. Im bardziej ta rzecz jest dla niej osobiście droga i im bardziej ta osoba czuje się do niej przywiązana, tym większą wartość ma sam dar w chwili ofiarowania go osobie miłowanej. Tym bardziej też miłość osoby miłującej do miłowanej jest sama w sobie ofiarna i bezinteresowna. Niemniej jednak między tymi osobami dar w postaci jakiejś rzeczy pozostaje jako coś trzeciego, jako jakiś element istniejący niejako na zewnątrz ich samych.
Ten trzeci element zanika wtedy, gdy darem staje się sama osoba miłująca, która ofiaruje się osobie miłowanej. Na tym poziomie wydarzania się daru dochodzi do szczególnej jego bezpośredniości, co ma miejsce zwłaszcza w małżeństwie. Małżonkowie stają się darem dla siebie. Tym, co ich łączy, jest ich miłość, będąca wzajemnym obdarowywaniem się sobą. Ten dar siebie i z siebie przyjmują z pełnym wzajemnym zaufaniem, to znaczy, że każdy z małżonków wierzy w miłość współmałżonka do siebie. Co więcej, przyjmując współmałżonka jako dar, małżonek głęboko wierzy w to, że współmałżonek ofiarując siebie naprawdę pragnie przez całe swe życie, „w dobrej i złej doli”, pomagać mu w jego osobistym wzrastaniu, w jego urzeczywistnianiu siebie samego. W przypadku małżeństwa z samej swej natury dar ma charakter duchowo-cielesny, będąc ciągłe darem bezpośrednim.
Istnieje jednak również taki rodzaj bezpośredniego daru, który ma charakter całkowicie duchowy. Zachodzi on w relacji mistrz-uczeń, niezależnie od tego, jak by się ona miała konkretnie urzeczywistniać. Tym, co łączy mistrza z uczniem, są rzetelna wiedza i prawdziwa mądrość. Mistrz już je posiadł, natomiast uczeń, poprzez swą ufność pokładaną w mistrzu, jest na nie wewnętrznie otwarty. Jego ufność idzie niekiedy tak daleko, że jest on gotów wypełnić niełatwe do wykonania wskazania swego mistrza, aby nie tylko posiąść jego wiedzę i mądrość, ale nawet je przewyższyć. Z kolei mistrz raduje się z osiągnięć duchowych swego ucznia i jest z nich prawdziwie dumny. Nie może być dla niego większej osobistej satysfakcji niż to, że dzięki osiągnięciom ucznia wzrasta i poszerza się krąg ludzi żyjących tymi samymi wartościami i że dzięki temu zmienia się na lepsze cały świat.
Duchowa relacja mistrz-uczeń staje się prawdziwie dramatyczna, kiedy ich świat wartości znajduje się w różnych powodów w stanie zagrożenia. W sytuacji ich możliwego rozdzielenia, a nawet śmierci, na przykład w przypadku wojny, pozostają już tylko krótkie polecenia, jakie mistrz zostawia swojemu uczniowi. Mogą one przyjąć kształt zaleceń, które odkrywamy w wierszu polskiego poety Zbigniewa Herberta: „(…) Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach/ wśród odwróconych plecami i obalonych w proch/ (…) bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy/ strzeż się jednak dumy niepotrzebnej/ (…) powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych/ (…) strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne/ (…) czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź/ dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę/ (…) Bądź wierny Idź”. Te słowa stają się ostatnim darem, jakim mistrz może jeszcze obdarzyć swego ucznia – jego swoistym testamentem, dającym nadzieję, że uczeń będzie go wierny wypełniać, a dzięki temu dotychczasowy świat wartości nie obróci się całkowicie w ruinę.
Jezus Chrystus darem miłosiernego Ojca dla świata
Swój najwyższy poziom dramatyczności relacja duchowa osiąga wtedy, gdy zagrożenie osoby miłowanej dotyczy największego jej przeznaczenia – jej wieczności. Wieczność jest wtedy zagrożona, jeśli może stać się potępieniem na zawsze. Tylko miłujący człowieka Bóg z całą pewnością wie, że naprawdę może się ono zdarzyć i że jego konsekwencje są wprost przerażające. Natomiast człowiek, który odrzucił Boga, Nim wzgardził i od Niego się odwrócił, nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co rzeczywiście mu grozi. Na wzór Judasza idzie swoją drogą (por. Dz 1, 25), która mniej lub bardziej jest uświadomioną wzgardą miłości, jaką od samego początku obdarzył go Bóg.
Jednakże Bóg, który jest miłością (por. 1 J 4, 8-10), aż do końca jest wierny swojej miłości do człowieka. Pisał o tym św. Paweł Apostoł w Drugim Liście do Tymoteusza: „Jeśli my odmawiamy wierności, On [w Jezusie Chrystusie] wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2 Tm 2, 13). Dlatego doszło do tego niesłychanego wydarzenia, jakim jest Wcielenie Jednorodzonego Syna Bożego. To właśnie o nim mówił Pan Jezus podczas swej nocnej rozmowy z Nikodemem: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posła swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3, 16-17).
Uwielbiając Boga w tajemnicy Wcielenia Jego Syna, Siostra Faustyna uwielbiała jednocześnie przejawiające się w nim Jego nieskończone miłosierdzie wobec ludzi: „Boże, któryś nie zatracił człowieka po upadku; ale w miłosierdziu Swoim przebaczyłeś mu, przebaczyłeś Boże mu, to jest, że nie tylko mu odpuściłeś winę, ale obdarzyłeś go wszelką łaską, miłosierdzie Cię pobudziło, żeś Sam raczył zstąpić do nas i wydźwignąć nas z nędzy naszej. Bóg zstąpi na ziemię, Pan nad pany zniży się nieśmiertelny. Ale gdzie zstąpisz, Panie, czy do świątyni Salomonowej? – czy każesz zbudować Sobie nowy przybytek, gdzie zstąpić zamierzasz? – O Panie, jaki Ci przybytek zgotujemy, gdyż ziemia cała jest Ci podnóżkiem? – Sam zgotowałeś Sobie przybytek świętą dziewicę. Jej niepokalane wnętrzności są ci mieszaniem i staje się niepojęty cud miłosierdzia Twego o Panie. Słowo staje się Ciałem – Bóg zamieszkał z nami, Słowo Boże – miłosierdzie Wcielone. Podniosłeś nas do Swego Bóstwa przez swe uniżenie; jest to zbytek Twej miłości, jest to przepaść Twego miłosierdzia, zdumiewają się niebiosa nad tym zbytkiem miłości Twojej, teraz nikt się zbliżyć do Ciebie nie lęka. Jesteś Bogiem miłosierdzia, masz litość dla nędzy, jesteś nam Bogiem, a my Twym ludem. Jesteś nam Ojcem, a my Twe dzieci z łaski, niech się sławi miłosierdzie Twoje, żeś raczył zstąpić do nas” (Dz, 1745).
Bóg Ojciec dał nam Swego Syna jako dar swojej miłości, byśmy ten dar przyjęli, a na Jego miłość, objawiającą się w darze, odpowiedzieli, nawracając się wewnętrznie, to znaczy wracając na tę drogę, jaką nam przewidział jeszcze przed założeniem świata – „abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem” (Ef 1, 4). Z kolei Chrystus całkowicie świadomie, w bezgranicznym poddaniu się woli Ojca, staje się tym darem dla ludzi. „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” – powiedział swoim uczniom przy studni Jakubowej nieopodal Sychem (J 4, 34). O swoim byciu jako darze Ojca aż do oddania swego życia za braci mówił uczniom kilkakrotnie. W rozmowie z faryzeuszami, wskazując na siebie jako na Dobrego Pasterza, nawiązywał równocześnie do misji, jaką zlecił Mu Ojciec: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają. Życie moje oddaję za owce. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je [potem] znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10, 11. 14. 15b. 17-18).
W jedyny i równocześnie w najwyższy sposób Chrystus stał się dla nas darem, kiedy ustanowił sakrament Eucharystii. Podczas Ostatniej Wieczerzy dał nam bowiem Siebie jako niebiański Pokarm, abyśmy życie mieli – i mieli je w obfitości (por. J 10, 10b). To wydarzenie niezwykle przejmująco wyraża zwłaszcza Kanon Rzymski, w którym zostaje podkreślona szczególna jedność Jezusa ze swoim Ojcem. Podczas sprawowania Mszy świętej, czyli Pamiątki Pana, kapłan wypowiada wtedy następujące słowa: „On to w dzień przed męką wziął chleb w swoje święte i czcigodne ręce, podniósł oczy ku niebu, do Ciebie Boga, Ojca swojego wszechmogącego, i dzięki Tobie składając błogosławił, łamał i rozdawał swoim uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane». Podobnie po wieczerzy wziął ten przesławny kielich w swoje święte i czcigodne ręce, ponownie dzięki Tobie składając, błogosławił i podał swoim uczniom, mówiąc: «Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę»”.
„Ciało moje, które za was będzie wydane; [Krew moja], która za was i za wielu będzie wylana odpuszczenie grzechów” – te właśnie słowa, wypowiedziane w Wieczerniku, miały się spełnić już nazajutrz, w Wielki Piątek, gdy z wysokości krzyża, na którym zawisł Zbawiciel świata, Chrystus, spływała na ziemię Jego Krew. Swoją męczeńską śmiercią ostatecznie i na zawsze poświadczył On w ten sposób, że „do końca nas umiłował” (por. J 13, 1b).
Będąc darem Ojca dla nas, a jako przebłagalny dar ofiarując się Ojcu za nas, Chrystus obdarzył nas jeszcze jednym, prawdziwie wyjątkowym darem – swoją Matką. Dzięki słowom, jakie skierował On do swego umiłowanego ucznia Jana: „Oto Matka twoja” (J 19, 27a), Maryja stała się Matką miłosierdzia. W bulli Misericordiae vultus z 2015 roku, którą papież Franciszek ogłaszał Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia, Ojciec Święty pisał: „Nikt nie poznał tak jak Maryja głębi tajemnicy Boga, który stał się człowiekiem. Wszystko w Jej życiu zostało ukształtowane przez obecność miłosierdzia, które stało się ciałem. Matka Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego weszła do sanktuarium miłosierdzia Bożego, ponieważ duchowo uczestniczyła w tajemnicy Jego miłości. Wybrana na Matkę Bożego Syna, Maryja była od zawsze przygotowana przez miłość Ojca, by stała się Arką Przymierza między Bogiem i ludźmi. Zachowała w swoim sercu Boże miłosierdzie w doskonałej harmonii ze swoim Synem Jezusem. Słowa Jej kantyku chwały, wypowiedziane na progu domu św. Elżbiety, były poświęcone miłosierdziu, które się rozciąga «z pokolenia na pokolenie» (Łk 1, 50). (…) Pod krzyżem Maryja wraz z Janem, uczniem miłości, była świadkiem słów przebaczenia, które wyszły z ust Jezusa. Najwyższy akt przebaczenia temu, kto Go ukrzyżował, pokazuje nam, jak daleko może sięgać Boże miłosierdzie. Maryja potwierdza, że miłosierdzie Syna Bożego nie zna granic i dociera do wszystkich, nikogo nie wykluczając” (MV, 24).
Jezus Chrystus Mistrzem i Nauczycielem ufności
Uwierzyć w słowa o tym, że „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J 3, 16) i im zaufać, znaczy to uwierzyć w ten dar, jakim jest dla świata Jezus Chrystus, i temu darowi Ojca całkowicie zaufać. Zaufać – czyli dać się Mu prowadzić. Właśnie tutaj w życiu każdego człowieka rozgrywa się ogromna stawka, o której Chrystus mówił Nikodemowi: „Kto wierzy w [Jezusa Chrystusa], nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki” (J 3, 18-19).
Ufność pokładana w Jezusie Chrystusie jest zatem warunkiem wiecznego zbawienia. Chodzi bowiem o to, aby Mu bezgranicznie zaufać, nawet w najbardziej trudnych okolicznościach życia. Aby jedynie w Nim widzieć nadzieję na dostąpienie łaski miłosierdzia. Aby z głęboką wiarą móc nieustanie powtarzać za św. Piotrem: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6, 68b). Dlatego podczas swej publicznej działalności Pan Jezus wielokrotnie wzywał ludzi do zaufania wobec Siebie. Leżącemu na łożu paralitykowi powiedział: „Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy” (Mt 9, 2), natomiast do kobiety, od dwunastu lat cierpiącej na krwotok, rzekł: „Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła” (por. Mt 9, 20-22). Z kolei z prawdziwym podziwem patrzył na tych, którzy zaufali potędze Jego słowa ja, na przykład owemu setnikowi z Kafarnaum, proszącemu o uzdrowienie swego sługi (por. Mt 8, 5-13).
Równocześnie sam Jezus obdarzał ludzi swoją ufnością. Wiedział, że właśnie ona może skutecznie wydźwignąć ich ze słabości i upadków, dając równocześnie moc nadziei na dalsze lepsze życie. Tak było w przypadku przyłapanej na cudzołóstwie kobiety, która usłyszała jakże przejmujące słowa: „I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz!» (J 8, 11b). Zapewne podobnie było również w przypadku św. Piotra, którego Chrystus trzykrotnie, po jego trzykrotnej zdradzie, pytał o miłość do Siebie i trzykrotnie też obdarzał godnością pasterza pasącego Jego owce (por. J 21, 15-19).
Doskonale wiedząc, że ufność pokładana w Bogu może być niekiedy wielką duchową próbą dla człowieka, Chrystus zechciał sam stać się najwyższym Mistrzem i wzorem tej postawy. Objawił ją najpierw podczas modlitwy w Ogrójcu. Przeżywając ogromny lęk przed czekającą Go męką, gdy „Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię”, prosił Boga słowami: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. Ojciec nie zostawił Go wtedy samego. „Ukazał Mu się [bowiem zesłany przez Ojca] anioł z nieba i umacniał Go” (por. Łk 22, 42-44b). Dzięki temu mógł On później z odwagę sam wyjść swoim prześladowcom na spotkanie, mówiąc do Apostołów: „Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca” (Mk 14, 41b-42).
Niemoc i bezradność Jezusa wobec swego losu objawiły się jeszcze bardziej dramatycznie wtedy, gdy obok Niego, przybitego gwoźdźmi do krzyża, przechodzili [niektórzy ludzie], przeklinali Go i potrząsali głowami, mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!»”. Jeszcze okrutniej zaufanie Chrystusa do Boga podważali „arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, [którzy] szydząc, powtarzali: «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: "Jestem Synem Bożym"». Tak samo lżyli Go i złoczyńcy, którzy byli z Nim ukrzyżowani” (Mt 27, 39-44). Poczucie całkowitego opuszczenia osiągnęło swój szczyt, gdy „około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: «Eli, Eli, lema sabachthani?», to znaczy Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27, 46). Jednakże niemal zaraz potem przezwyciężył On swój ból samotności, zwracając się do Boga słowami całkowitego zawierzenia się Jemu: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46b). Ostatnim Jego słowem na krzyżu było: „Wykonało się!” (J 19, 30). Wiedział, że oddając swego ducha Ojcu, wypełnił dzieło zlecone Mu przez Boga Ojca do wykonania (por. J 17, 4). Stał się przecież dobrowolną i całkowitą ofiarą dla zbawienie świata.
Dar, którym z woli Boga bogatego w miłosierdzie był sam Jezus, już niedługo po tych dramatycznych wydarzeniach Wielkiego Piątku zostanie otoczony przez Ojca tą chwałą, jaką miał On u Niego „pierwej, zanim świat powstał” (por. J 17, 5). Trzeciego dnia Chrystus zmartwychwstanie. Prawdziwie zwycięży świat (por. J 16, 33), dając ostateczny fundament dla ufności w Nim pokładanej. Odtąd będzie On kierował do uczniów już tylko dwa wezwania: „Nie bójcie się!” (Mt 28, 10) i „Pokój wam!” (Łk 24, 36; J 20, 19. 26).
Jezu, ufam Tobie
Od samego swego początku założony przez Chrystusa Kościół żyje tą ufnością, która od Niego pochodzi i w Nim znajduje swe źródło. „My bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym – my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele” – opisywał tę szczególną samoświadomość Ludu Bożego św. Paweł w Liście do Filipian (Flp 3, 3), jednocześnie uzasadniając tę ufność w Drugim Liście do Koryntian: „A dzięki Chrystusowi taką ufność w Bogu pokładamy” (2 Kor 3, 4). Tę samą prawdę potwierdzał też św. Jan w swoim Pierwszym Liście: „O tym napisałem do was, którzy wierzycie w imię Syna Bożego, abyście wiedzieli, że macie życie wieczne. Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą” (1 J 5, 13-14). Stąd aż do skończenia świata dla całego Kościoła pozostaje aktualnym wezwanie z Listu do Hebrajczyków: „Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał [nam] obietnicę”, iż „wejdziemy do Miejsca Świętego” (Hbr 10, 23. 19).
Tę samą obietnicę Pan Jezus niejako przedłużył dziewięćdziesiąt lat temu, dając nam przez Siostrę Faustynę obraz z podpisem „Jezu, ufam Tobie”. Żyjąc właśnie tą prawdą mogła ona zakończyć swój Dzienniczek następującą prośbą, złączoną z wyznaniem swej przeogromnej ufności w Boże miłosierdzie: „Niechaj łaska Twoja, która spływa na mnie z litościwego Serca Twego, umocni mnie do walki i cierpień, bym pozostała Ci wierna, a choć taką nędzą jestem, nie lękam się Ciebie, bo znam dobrze miłosierdzie Twoje. Nic mnie nie odstraszy od Ciebie, Boże, bo wszystko jest mniejsze nad poznanie moje – widzę to jasno” (Dz, 1803).
A my, kończąc każdą koronkę do Bożego miłosierdzia, z głęboką wiarą wyznajemy: „Jezu, ufam Tobie!”.
© Wydawnictwo św. Stanisława BM w Krakowie