Rozważanie VII
20 lutego 2022 roku
SŁABOŚĆ CZŁOWIEKA
„… ulecz naszą słabość...” (z Aktu zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu)
Jezus Chrystus Lekarzem ludzkich dusz
Pokorne błaganie Ojca Świętego Jana Pawła II, który dnia 17 sierpnia 2002 roku w Akcie zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu zwrócił się do Boga Ojca słowami: „ulecz naszą słabość”, wpisuje się w liczące już tysiąclecia dzieje ludzi wierzących, którzy jedynie w Bogu widzą ratunek i pomoc dla siebie i tylko w Bogu dostrzegają prawdziwego Lekarza ludzkich dusz i ciał.
Szczególnym zapisem, a równocześnie prawdziwą skarbnicą tych zanoszonych do Boga próśb i błagań są Psalmy. Wyrastają one z człowieczego poczucia wielopostaciowej słabości, niemocy, nędzy, udręczenia i bezradności. Ich swoistą drugą stroną jest nadzieja pokładana w Najwyższym, jak to wyraża autor Psalmu 143: „Spraw, bym rychło doznał Twojej łaski, bo w Tobie pokładam nadzieję” (Ps 143, 8). „Zmiłuj się nade mną, Panie, bom słaby; ulecz mnie, Panie, bo kości moje strwożone i duszę moją ogarnia wielka trwoga” – brzmi błaganie zawarte w Psalmie 6 (Ps 6, 3-4).
Ta trwoga i owo poczucie słabości mogą wynikać z wielu powodów. Są nimi, na przykład, niebezpieczeństwa zewnętrzne, na które skarży się autor Psalmu 142, wołając do Boga: „Zważ na moje wołanie, bo jestem bardzo słaby. Wybaw mię od prześladowców, gdyż są ode mnie mocniejsi. Wyprowadź mnie z więzienia, bym dziękował imieniu Twojemu. Otoczą mnie sprawiedliwi, gdy okażesz mi dobroć” (Ps 142, 7-8). Wewnętrzna słabość i niemoc mogą być także przejawem owej szczególnej choroby ducha, która swe źródło znajduje w świadomości osobistego grzechu, a także w poczuciu winy za grzechy własnego narodu. Świadczy o tym Psalm 79, który jest równocześnie wołaniem o Boże miłosierdzie: „Nie pamiętaj nam win naszych przodków, niech rychło przyjdzie ku nam miłosierdzie Twoje: bo bardzo jesteśmy słabi. Wspomóż nas, Boże zbawienia naszego, przez wzgląd na chwałę Twojego imienia, i wyzwól nas, i odpuść nasze grzechy przez wzgląd na Twoje imię” (Ps 79, 8-9). Słowom Psalmów wtóruje skarga Hioba nad bezkresem własnej słabości, która jest wobec niego równie bezwzględna jak jego zewnętrzni wrogowie: „Oskarża mnie moja słabość. Sroży się w gniewie i ściga, zgrzytając na mnie zębami. Wróg zmierzył mnie wzrokiem. Usta swe na mnie rozwarli, po twarzy mnie bili okrutnie, społem się przeciw mnie złączyli” (Hi 16, 8b-10).
Tym ludzkim skargom na boleśnie dotykający ich los towarzyszyło kierowane do Boga dramatyczne, jakby w połowie zawieszone pytanie: „Lecz Ty, o Panie, jakże długo jeszcze...?” (Ps 6, 4b). Niekiedy skarga zamieniała się w żarliwe błaganie o to, aby Bóg nie kazał długo czekać na swe zmiłowanie i jak najszybciej okazał swoją pomoc: „Ty jesteś wspomożycielem moim i wybawcą; Boże mój, nie zwlekaj!” (Ps 40, 18; por. także Ps 70, 6).
W odpowiedzi na te wołania Bóg Ojciec zesłał swego Syna, aby każdy, kto w Niego uwierzy, nie zginął, ale mógł osiągnąć wieczne zbawienie (por. J 3, 16). Wcielenie Syna Bożego, a zwłaszcza Jego działalność nauczycielska w Palestynie, która prowadziła do dzieła Odkupienia dokonanego na krzyżu Golgoty, była prawdziwym przełomem w długiej historii pochylania się Boga nad ludzką nędzą i nieszczęściami. Świadczą o tym słowa Jezusa Chrystusa u samych początków Jego misji: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1, 15).
Istotę błogosławionej bliskości Królestwa głoszonego przez Chrystusa przybliżał św. Mateusz, opisując początki Jego publicznej działalności: „Obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszystkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. A wieść o Nim rozeszła się po całej Syrii. Przynoszono więc do Niego wszystkich cierpiących, których dręczyły rozmaite choroby i dolegliwości, opętanych, epileptyków i paralityków, a On ich uzdrawiał” (Mt 4, 23-24). Podobnie św. Mateusz pisał w dalszych fragmentach swojej Ewangelii: „Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię królestwa i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza” (Mt 9, 35-36). Czynił to z ogromnym, osobistym zaangażowaniem. Świadkowie Jego dokonań odnosili wrażenie, że Chrystus utożsamiał się z ludźmi dotkniętymi różnego rodzaju słabościami. Na pewno nie był jakimś magicznym cudotwórcą, który by z pewnego oddalenia, niejako na zimno swoim słowem czy gestem przynosił ulgę cierpiącym ludziom. Dlatego też pochylanie się Chrystusa nad ludzką biedą, niemocą i słabością św. Mateusz opatrzył znamiennym komentarzem: „Tak oto spełniło się słowo proroka Izajasza: «On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby»” (Mt 8, 17). Po latach autor Listu do Hebrajczyków wyraził to w następujący sposób: „Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznawaniu wiary. Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 14-15).
Jako Boży Syn Jezus był samą świętością. Tym bardziej więc rozumiał i czuł, jak wielkim nieszczęściem dla człowieka jest każdy jego w pełni świadomie popełniony grzech. Dlatego, spotykając się z przeróżnymi nieszczęściami i słabościami, w pierwszej kolejności pragnął uleczyć dusze ludzi, którzy zbliżali się do Niego, prosząc o uzdrowienie. Tak było, na przykład, w przypadku owego paralityka, którego, leżącego na łożu, cztery bliskie mu osoby spuściły przez dach jednego z domów w Kafarnaum, w którym znajdował się Jezus. W tej niezwykłej sytuacji, widząc zarówno ich wiarę, jak i wiarę samego paralityka, rzekł On: „Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy” (Mk 2, 5b). Wobec zgorszenia patrzących na to zdarzenie uczonych w Piśmie, a jednocześnie pragnąc w sposób widzialny potwierdzić swą Bożą moc dogłębnego leczenia dusz, „rzekł [następnie] do paralityka: «Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!»” (Mk 2, 10b-11). Na mocy tych słów pozbawiony dotąd możliwości poruszania się człowiek natychmiast „wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich” (Mk 2, 12a). Święty Marek, który podobnie jak i pozostali synoptycy, opisując ten cud, skupił się przede wszystkim na reakcjach świadków zdarzenia, zanotował na koniec: „Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga, mówiąc: «Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego»” (Mk 2, 12b). Łatwo jednak wyobrazić sobie pełnię radości owego uzdrowionego człowieka, który nie tylko mógł odtąd bez jakiegokolwiek trudu się poruszać, ale który równocześnie doświadczał szczególnej lekkości na swej duszy, pozbawionej paraliżującego jej wnętrze przejmującego ciężaru grzechu i wyrzutów sumienia.
Jak dwukrotnie pisał w swej Ewangelii św. Mateusz, Jezus Chrystus chodząc drogami palestyńskiej ziemi i nauczając, „leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości” (por. Mt 4, 23; 9, 35). Opisując „rozmaite choroby i dolegliwości”, z których On uzdrawiał, św. Mateusz wspomniał „opętanych, epileptyków i paralityków” (por. Mt 4, 24). Jednakże Ewangeliści wskazywali także na innych cudownie uzdrowionych przez Jezusa ludzi: chromych, trędowatych, niewidomych, głuchych, epileptyków, cierpiących na różnego rodzaju dolegliwości. Niewątpliwie, stosunkowo łatwo można wskazać na choroby i słabości dotykające ludzkiego ciała. Co więcej, można nawet utworzyć ich katalog, ciągle poszerzany i uzupełniany wraz z rozwojem medycyny. Trudniej natomiast wskazać na różnego rodzaju słabości i choroby dotykające ludzką duszę. Wiążą się one bowiem z osobistą historią grzesznych upadków u poszczególnych ludzi. Ponieważ historia każdego człowieka jest pod tym względem jedyna i tylko z nim ściśle związana, można by powiedzieć, że tyle jest duchowych słabości i grzesznych upadków, ilu jest ludzi.
Jezus, lecząc „wszystkie choroby i wszystkie słabości”, zbliżał się do każdego człowieka indywidualnie, nie tylko znając jego nieszczęsną osobistą historię, ale przede wszystkim pragnąc uleczyć ją i przemienić. Z tego właśnie wynikało zdumienie owej opisanej przez św. Jana Apostoła kobiety przy studni Jakubowej w Samarii, która po rozmowie z Jezusem przekazała mieszkańcom Sychar: „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” (J 4, 39b). Dlatego też, zwracając się do każdego człowieka z osobna, Chrystus wołał: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28) – niezależnie od tego, jaki jest wasz trud i jak wielki ciężar na was spoczywa. Przyjdźcie wszyscy! Tak właśnie uczynił pokryty trądem człowiek, który przyszedł do Jezusa „i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić»” (Mk 1, 40). Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest chory i że jego choroba jest tak straszna, a przez to budząca lęk u zdrowych, że był zobowiązany do tego, by zachować wobec nich odpowiedni dystans i by poprzez wołanie: „Trędowaty, trędowaty!” przestrzegać ich o zagrożeniu, jakie dla nich stanowi. Tymczasem wiedząc, że sam siebie nie uleczy, a równocześnie głęboko wierząc w potęgę woli uzdrowieńczej Jezusa, złamał obowiązujące go zakazy i zbliżył się do Niego. Jak pisze dalej św. Marek, Jezus, „zdjęty litością” nie bał się dotknąć trędowatego, ale „wyciągnął [do niego swą] rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!»”. W tym momencie dokonał się cud. Chorego człowieka „natychmiast opuścił trąd”. W ten sposób „został oczyszczony” (por. Mk 1, 41-42).
Odrzucanie Chrystusowej pomocy
Chrystusowe wezwanie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” stanowi integralną część nauczania Kościoła, powołanego do głoszenia wszystkim głosić Dobrej Nowiny o Zbawieniu. W ostatnich czasach niezwykle donośnie zabrzmiało ono w dniu uroczystej inauguracji pontyfikatu św. Jana Pawła Wielkiego, który w dniu 22 października 1978 roku zwracał się do całego świata z gorącym apelem: „Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę. (…) Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. (…) Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często jest niepewny sensu swego życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. (…) Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego”.
Doniosłość, a nawet dramatyczność tego wołania Jana Pawła II trzeba zrozumieć na tle procesu kulturowego, jaki trawi kulturę Zachodu już od osiemnastego wieku. To właśnie wtedy zanegowano chrześcijaństwo i głoszoną przez nie Chrystusową Ewangelię. Odrzucono Boga, którego swoim nauczaniem i czynami, swoją śmiercią i zmartwychwstaniem najpełniej objawił Jego Syn, Jezus Chrystus. Religie, a zwłaszcza chrześcijaństwo, uznano za przejaw ciemnoty, fanatyzmu i zacofania, a przez to jako wroga człowieka i cywilizacyjnego postępu. W ich miejsce postawiono ludzki rozum jako najwyższą i jedyną instancję, gwarantującą rozwój i pełne szczęście osiągalne już tutaj na ziemi.
To właśnie ten rozum stworzył deizm, czyli jakąś dość mgławicową wizję Istoty Najwyższej, jakiegoś Wielkiego Zegarmistrza, który w swej istocie pozostawał zupełnie obojętny na los człowieka – na jego cierpienia i słabości, na jego nadzieje i zmagania, jego śmierć i ostateczne przeznaczenie. Z kolei świat był przedstawiany jako doskonale skonstruowany przez Wielkiego Zegarmistrza, który – raz przez niego wprawiony w ruch – do swego dalszego funkcjonowania już więcej swego twórcy ani nie potrzebował, ani też nie musiał się nim interesować. Na przykład, według Tomasza Hobbesa, wszystko to, co istnieje, a zatem wszechświat, państwo i człowiek, stanowi bardzo złożoną jedną maszynę, rządzoną prawami mechaniki o charakterze deterministycznym. Na czele państwa stoi suweren, któremu obywatele na mocy umowy społecznej przekazali całą władzę.
W konsekwencji próbowano stworzyć nową wizję człowieka i świata zgodnie z zasadą etsi Deus non daretur – „jak gdyby Bóg nie istniał”. W myśl tej wizji człowiek w obliczu przeżywanych przez siebie słabości, nieszczęść i niepewności pozostawał całkowicie sam. Zegar nie może przecież rozmawiać z zegarmistrzem ani też prosić go o pomoc w potrzebie. Bóg wymyślony jako genialny Zegarmistrz musiał pozostawać zawsze daleki wobec tego, co przeżywał człowiek. Pozostawała mu więc jedynie irracjonalna wiara w to, że dobrze funkcjonujący mechanizm tego świata da mu tak upragnione poczucie bezpieczeństwa. Możemy zatem łatwo wyobrazić sobie rozpacz Woltera, któremu zawalił się obraz świata jako doskonale działającej maszyny, gdy 1 listopada 1755 roku doszło do trzęsienia ziemi w Lizbonie i niemal całkowitego zniszczenia tego miasta, które w tamtych czasach należało do największych i najwspanialszych w świecie. Kataklizm pochłonął od 10 do 40 tysięcy ofiar ludzkich. Wolter napisał wtedy Poemat o trzęsieniu ziemi w Lizbonie, w którym, z jednej strony, przyznawał się pośrednio do klęski – głoszonej zwłaszcza przez siebie – wizji świata jako wspaniale funkcjonującej maszyny, a z drugiej strony był oskarżeniem chrześcijańskiego Boga o okrucieństwo i bezduszność wobec cierpień człowieka.
Osiemnastowieczny deizm doprowadził do dziewiętnastowiecznego ateizmu i materializmu, czyli całkowitej negacji istnienia Boga. Religię uznano wtedy za „opium – czyli narkotyk – dla ludu”. W wieku dwudziestym ateistyczny i materialistyczny komunizm doprowadził – w imię budowania dla całej ludzkości „świetlanego jutra”– do śmierci dziesiątków milionów ludzi. Na Zachodzie znaleźli się jednak ideolodzy, którzy zaczęli głosić, że bolszewickie zbrodnie były tylko wypaczeniem całkowicie słusznych w swych założeniach idei i że obecnie należy na nowo podjąć wysiłki na rzecz budowania społeczeństwa opartego na całkowicie materialistycznych zasadach, bez jakiegokolwiek odniesienia do Transcendencji.
To między innymi tłumaczy, dlaczego niedawno, 5 maja 2018 roku, główni przedstawiciele Unii Europejskiej wzięli udział w uroczystościach związanych z odsłonięciem pomnika twórcy marksizmu, Karola Marksa, w jego rodzinnym Trewirze, miasta związanego przed wiekami z tak wielkimi postaciami chrześcijańskiego świata, jak św. Helena, św. Ambroży, czy też św. Atanazy. Dzisiaj nie chce się pamiętać lub też wręcz się lekceważy stwierdzenie kard. Josepha Ratzingera, który w książce Europa Benedykta w kryzysie kultur pisał: „Doprowadzone do granic możliwości próby tworzenia rzeczy ludzkich przy zupełnym pominięciu Boga prowadzą coraz bliżej ku krawędzi przepaści, ku całkowitemu upadkowi człowieka”.
Upadek ten wydaje się niektórym tym bardziej paradoksalny, że wolności człowieka przyznano wymiar absolutny. Jednakże szybko okazało się, że człowiek postawiony w miejsce Boga, przekonany o swojej niczym nieograniczonej mocy i wolności pozostaje zupełnie sam wraz ze swymi dramatami. Zazwyczaj początkowo nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego życie ma bowiem w oczach jego i w oczach innych jedynie taką wartość, jaką zaczęto wyrażać stosunkowo niedawno wprowadzoną nową kategorią – tak zwaną jakością życia. Wprawdzie nie posiadamy akceptowanej przez wszystkich jej definicji, to jednak dla wielu jakość życia mierzy się realizacją różniących się, niekiedy bardzo odmiennych wobec siebie kryteriów: przyjemnością (hedonizm), poczuciem szczęśliwości (eudajmonizm), przekonaniem o sensowności własnego życia, subiektywnym zadowoleniem, dającym osobistą satysfakcję na skutek wysokiego stopnia zaangażowania w pewne konkretne przedsięwzięcia.
Najczęściej młody, pewny siebie, zdrowy i sprawny, w pełni wydajny człowiek wprost upaja się jakością swego życia. Jego prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, gdy na tej jakości pojawiają się pierwsze znaczące skazy, a jej kryteria okazują się niemal całkowicie zawodne. Do tego dramatu dochodzi zwłaszcza wtedy, gdy człowiek staje w obliczu wartości życia – czy to własnego, czy innego. Społeczeństwo pozbawione odniesienia do Boga zaczyna tworzyć wtedy „cywilizację śmierci”. Pojawiające się choroby i słabości związane z ciałem każą wielu ludziom najpierw wierzyć w niezawodność medycyny, a w obliczu jej nieskuteczności wybierać eutanazję. W przypadku jakiejś słabości psychicznej szuka się ratunku zazwyczaj w psychologii, psychoanalizie, czy antydepresantach. Inną drogą wychodzenia z trudnych sytuacji są próby zapomnienia o sobie i własnych problemach poprzez sięganie po alkohol i narkotyki. Przeżywając opuszczenie przez innych i związane z tym osamotnienie, niektórzy uciekają się nawet do samobójstwa. Z kolei pragnienie życia samymi tylko przyjemnościami każe innym w sytuacji, kiedy zostało poczęte dziecko, czynić z aborcji w pełni przysługujące im prawo.
Demokratycznie wybierane władze, które w swojej pragmatyce wykluczyły istnienie Boga jako źródła obiektywnych wartości, najczęściej nie stoją na straży dobra wszystkich swych obywateli. Wiedzą bowiem, że zostały wybrane właśnie po to, aby przede wszystkim pilnować egoistycznych interesów swoich wyborców. Dlatego też tworzą prawa, które sankcjonują śmierć słabszych i bezbronnych. W ostatnim czasie w niektórych europejskich krajach dochodzi nawet do eutanazji noworodków, wobec których lekarze orzekli, że trzeba „dokonać terminacji ich życia”, ponieważ nie rokują nadziei na „znośną przyszłość”. Za tymi przerażającymi praktykami stoi przekonanie, że życie o „niskiej jakości”, nie jest już „warte przeżycia”. W konsekwencji właśnie to przekonanie sprawia, że Europa w jej dotychczasowym, wypracowanym przez wieki kształcie wymiera. Odwracając się świadomie od Chrystusa, który – jedynie On! – może uleczyć jej słabości, skazuje się na przejście do katalogu tych cywilizacji, które dzięki historii znamy jedynie z odległej przeszłości. Gardząc Jego miłosierdziem, obraca się w niebyt.
Święty Augustyn, czyli otwarcie się na Boga, który leczy nasze słabości
Dnia 1 kwietnia 2005 roku, podczas uroczystości ogłoszenia w Subiaco kard. Josepha Ratzingera piątym z kolei laureatem Premio San Benedetto, kardynał mówił: „Chrześcijaństwo musi zawsze pamiętać, że jest religią Logosu. Jest ono wiarą w Creator Spiritus, w Ducha Stworzyciela, od którego pochodzi cała rzeczywistość. Właśnie to powinno być dzisiaj jego filozoficzną siłą, ponieważ ważne jest, czy świat pochodzi od tego, co nierozumne, a wtedy rozum jest tylko «produktem ubocznym» – nawet szkodliwym – jego ewolucji, czy też świat powstał w wyniku rozumu i w konsekwencji jest ukształtowany według jego kryteriów i celów. Wiara chrześcijańska opowiada się za tą drugą tezą, mając w ten sposób, z filozoficznego punktu widzenia, rozdane bardzo dobre karty, chociaż wielu rozważa pierwszą tezę za jedynie «racjonalną» i nowoczesną. Jednak rozum pochodzący od tego, co nierozumne, nie może być rozwiązaniem dla naszych problemów. Tylko rozum stwórczy, objawiony w ukrzyżowanym Bogu jako miłość, może rzeczywiście wskazać nam drogę”. Swój wykład w Subiaco kard. Ratzinger kończył swego rodzaju apelem o to, aby pojawili się dzisiaj prawdziwi świadkowie Boga: „W tej historycznej chwili przede wszystkim potrzebujemy ludzi, którzy za pomocą oświeconej i przeżywanej wiary uczyniliby Boga wiarygodnym w tym świecie. (...) Potrzebujemy ludzi, którzy mieliby spojrzenie skierowane ku Bogu, ucząc się od Niego prawdziwego człowieczeństwa. Potrzebujemy ludzi, których umysł byłby oświecony światłem Bożym i którym Bóg otwierałby serce, tak aby ich intelekt mógł przemówić do intelektu innych, a ich serce mogło otworzyć serca innych. Tylko poprzez ludzi, którzy zostali dotknięci przez Boga, Bóg może zwracać się do ludzi”.
Przykładem takiego człowieka był dla kard. Ratzingera św. Benedykt z Nursji (480-543), „który w czasach degradacji i upadku zagłębił się w skrajnej samotności i potrafił – po wielu duchowych oczyszczeniach, jakie musiał przeżyć, aby wspiąć się ku światłości – powrócić i założyć Monte Cassino, miasto na górze, które po wielu zniszczeniach zjednoczyło siły, z których powstał nowy świat”. Wydaje się jednak, że dla naszych rozważań na temat dźwigania przez Boga słabego człowieka i wyswobadzania go ku pełnej wolności (por. Ga 5, 1) bardziej emblematyczną postacią jest św. Augustyn (354-430), który swym życiem i działalnością wyprzedził Benedykta o ponad jeden wiek.
Wybitny historyk myśli europejskiej, Philotheus Böhner, obdarzył Augustyna mianem Nauczyciela Zachodu. Targany zmysłowymi namiętnościami, niestrudzenie i krytycznie poszukujący prawdy, dopiero w wieku dojrzałym dochodzący z wielkim trudem do wiary w Chrystusa, znakomity retor i pisarz, kapłan i biskup, Augustyn sprawił, że jego życie i nauka stały się czymś jednym. „Nauka jest [bowiem] tłumaczeniem jego życia, życie zaś czerpie ze źródeł nauki – pisze Böhner w Historii filozofii chrześcijańskiej. – Wynika z tego bezpośrednie powiązanie z życiem, tak charakterystyczne dla myśli Augustyńskiej. Nie chce ona uczyć, jak trzeba myśleć, ale jak trzeba żyć, jak trzeba żyć myśląc. W tej bliskości życia myśl Augustyńska zachowuje swoją ponadczasową wartość i swoją zapładniającą siłę, która bezustannie oddziaływała na myśl zachodnią, aż do naszych czasów. (…) Augustyn musiał być urzekającą osobowością, nieodparcie przykuwającą do siebie ludzi ze swojego otoczenia. Jego punicki żar ducha i namiętność harmonizowane były z łagodnością i ludzką wyrozumiałością. Poznał przepaście ludzkiego serca, ale także jego wzloty. Symbole jego to gorejące serca i wzrok wzniesiony w górę”.
Szczególnie doniosłym tego potwierdzeniem jest ukończone przez Augustyna w 399 roku dzieło Confessiones (Wyznania). Stosownie do tytułu, jest ono, z jednej strony, wyznaniem przez autora jego słabości i grzechów z czasów przed nawróceniem, a zatem swego rodzaju spowiedzią, oraz, z drugiej strony, wyznaniem wiary w Boga Stwórcę i Zbawcę, a także wysławianiem Jego wielkich stwórczych dzieł. Confessiones są także szczególnym zapisem Augustyna na temat tego, jak błagał on Boga o miłosierdzie dla siebie i jak często Bóg łaskawie pochylał się nad jego słabościami i leczył je. Były to przede wszystkim słabości duchowe, choć Augustyn wspominał także o swoich chorobach cielesnych.
Zachorował najpierw poważnie tuż po swoim przybyciu z Kartaginy do Rzymu. Było to w czasie, gdy chrześcijaństwo ciągle jeszcze jawiło mu się jako religia ludzi maluczkich, niegodna przyjęcia przez wykształconego człowieka, za jakiego się uważał. Jak wyznawał, Pismo Święte „wydawało mi się nie dość dostojne, gdy je porównywałem z dostojną prozą Cycerona. (…) Nadęty, wydawałem się sam sobie wielkim człowiekiem” (III, 5). W stolicy cesarstwa „od razu powaliła mnie ciężka choroba. (…) Byłem już bliski śmierci”. Bynajmniej nie zwracał się wtedy do Boga z prośbą o ratunek. „Jak błazen śmiałem się z Twoich lekarstw” – wyznawał po latach (por. V, 9). Dopiero później dowiedział się, że w jego intencji nieustannie modliła się jego matka, św. Monika, mimo iż nic nie wiedziała, w jak trudnej sytuacji się znalazł. Odtąd był głęboko przekonany, że jej modlitwom zawdzięcza okazane sobie Boże miłosierdzie. „Gdybym umarł w tym stanie [grzechu], serce mojej matki już by nigdy nie przestało krwawić po takim ciosie. Nie potrafię słowami wyrazić, jak bardzo mnie kochała i o ile bardziej cierpiała, rodząc mnie do życia duchowego, niż wtedy, gdy mnie wydawała na świat. (…) Podźwignąłeś więc mnie z choroby, przywróciłeś synowi Twej służebnicy zdrowie ciała, abyś później mógł go obdarzyć lepszym i pewniejszym uzdrowieniem” (V, 9-10).
Kilka lat później znowu zachorował. Stało się to niedługo po jego nawróceniu, a na krótko przed przyjęciem sakramentu chrztu. Wtedy głęboko już wierzył w Boga i w Jego miłosierdzie. Dlatego sam prosił przyjaciół o modlitewne wstawiennictwo za siebie, tym bardziej że przeżywane cierpienie pojmował jako słuszną karę Bożą za swoje dotychczasowe grzeszne występki. „Jednego na pewno nie zapomnę i nie pominę: tego, jak surowo mnie wychłostałeś i jak zaraz potem w cudowny sposób pochyliło się nade mną Twoje miłosierdzie. Karałeś mnie w tym okresie dotkliwym bólem zębów, a gdy doszedłem do takiego stanu, że już nie mogłem mówić, serce mnie nakłoniło, abym prosił wszystkich obecnych przy mnie moich bliskich, by w mej intencji modlili się do Ciebie, Boże uzdrawiający tak duszę, jak i ciało. Napisałem tę prośbę na woskowej tabliczce i podałem im, aby przeczytali. Niedługo potem, jak do pokornej uklękliśmy modlitwy, mój ból ustąpił. Czym był ten ból? I jak ustąpił? Struchlałem, wyznaję to, Panie mój, Boże mój, bo od początku życia nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem. W głębi duszy rozpoznawałem działanie Twojej woli i sławiłem imię Twe, radując się wiarą” (IX, 4).
Zanim jednak dane mu było radować się wiarą, Augustyn musiał przejść trudny, wręcz bolesny niekiedy proces wewnętrznego nawrócenia. Doświadczał wtedy wielkiej duchowej słabości, polegającej na wewnętrznym rozdwojeniu. Z jednej strony pragnął otworzyć się na działanie łaski, która wzywała go do radykalnego opowiedzenia się za Bogiem. Z drugiej natomiast czuł rodzące się w jego duszy coraz większe opory przed podjęciem ostatecznej decyzji. „Więc dlaczego tak się dziwnie dzieje i co jest tego przyczyną?” (VIII, 9) – pytał Augustyn, próbując zrozumieć to, co przeżywał. I odpowiadał: „Nie jest to jakieś niewytłumaczalne zjawisko – częściowo chcieć, częściowo nie chcieć – lecz choroba duszy, polegająca na tym, że umysł nie cały dźwiga się w górę ku prawdzie; w dół ciągnie siłą przyzwyczajenia. Wtedy się wola rozszczepia na dwie wole, a których żadna nie jest wolą całkowitą; jednak ma to, czego drugiej brakuje” (VIII, 9). Tym tłumaczeniem wyjaśniał następnie swoje osobiste zmagania. „Gdy usiłowałem podjąć decyzję służenia Panu Bogu mojemu zgodnie z żywionym od dawna zamiarem, ja sam byłem tym, który chciał, jak też ja sam byłem tym, który nie chciał. To ja byłem, tylko ja, nikt inny! Ale ani nie przyjmowałem tej decyzji, ani jej nie odrzucałem pełnią mojej woli. Przeto spierałem się z sobą i sam roztrwaniałem swoje siły. (…) Im bliższy był moment, w którym się miałem stać czymś innym, niż byłem, tym większą wzbudzał on we mnie grozę. Lecz mnie nie cofał, nie spychał z drogi, po której szedłem – tylko unieruchamiał mnie i więził” (VIII, 10, 11).
Co było główną przyczyną tego wewnętrznego oporu, jaki Augustyn odczuwał wewnątrz swej duszy? Obrazowo mówił, że „zatrzymywały [go] zupełne głupstwa, skończone marności, moje stare przyjaciółki. Chwytały mnie za szatę cielesną i szeptały: «Opuścisz nas? I od tej chwili już przenigdy nie będziemy z tobą? I od tej chwili już przenigdy nie będzie ci wolno tego czy tamtego?»” (VIII, 11). W rzeczywistości były to bardzo silnie zakorzenione w nim „więzy zmysłowego pożądania, które [go] najmocniej krępowały” i którym wcześniej wielokrotnie ulegał, jak również „wysługiwanie się sprawom doczesnym” (por. VIII, 6). Z jednej strony więzy pożądania bardzo go zawstydzały, jednakże z drugiej nie potrafił ich w sposób zdecydowany jedną decyzją przeciąć. Wewnętrzne napięcie było w nim tak silne, że, jak wyznawał, „wszystko to działo się ze mną wbrew mojej woli” (VIII, 10). Nie był jednak swej wolnej woli całkowicie pozbawiony. Nie istniał w nim przecież jakiś metafizyczny fundament zła, jak to głosili manichejczycy, do których wcześniej przez długie dziewięć lat przynależał, nie było w nim „natury jakiejś obcej duszy” (VIII, 10). Zdecydowanie odrzucał też głoszone przez nich przekonanie, że w człowieku dochodzi do tak wielkiego wewnętrznego pęknięcia, że „jedna [jego] natura jest dobra, a druga zła” (por. VIII, 10).
Przyczynę swego wewnętrznego rozdarcia i słabości upatrywał Augustyn w dziedziczonych przez wszystkich ludzi skutkach grzechu Adama. Pomocą w zrozumieniu siebie okazał się dla niego św. Paweł, który w Liście do Rzymian ukazał targające nim – podobnie jak to miało miejsce w przypadku Augustyna – sprzeczne wobec siebie dążenia. Apostoł wyznawał najpierw z bólem: „Nieszczęsny ja człowiek!” (Rz 7, 24a), a następnie wyjaśniał: „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” (Rz 7, 18-19). Źródła tego wewnętrznego rozdwojenia św. Paweł dopatrywał się w grzechu pierwszego rodzica: „Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka” (Rz 7, 20). Podobnie stwierdził w odniesieniu do siebie Augustyn: owo wewnętrzne rozdwojenie, którego tak boleśnie doświadczał, było częścią „kary za grzech dobrowolnie popełniony przez mojego przodka, Adama” (VIII, 10).
Te osobiste zmagania, wyraźnie ukazujące Augustynowi jego wewnętrzne słabości, posłużyły mu później również do walki z Pelagiuszem. Według tego wywodzącego się z Brytanii mnicha, na początku V wieku działającego między innymi w Rzymie, grzech Adama bynajmniej nie naruszył dobrej natury ludzkiej, a tylko stał się złym przykładem dla innych. Człowiek zatem może, naśladując Chrystusa, przezwyciężyć grzech i osiągnąć osobistą świętość. Wystarczy tylko konsekwentnie realizowana decyzja woli ze strony człowieka. Boża łaska i pomoc są w gruncie rzeczy zupełnie mu niepotrzebne.
Takie poglądy całkowicie sprzeciwiały się osobistym doświadczeniom Augustyna. Doskonale wiedział, że do Boga zbliżała go nie jego wola, tak chwiejna i niezdecydowana, ale pokorna i równocześnie żarliwa modlitwa, będąca jednym wielkim wołaniem o pomoc. Dobrze pamiętał, jak w chwilach bezpośrednio poprzedzających swoje nawrócenie wołał do Niego słowami jakby bezpośrednio zaczerpniętymi z Psalmów: „O, Panie, czemu zwlekasz? Dokądże, Panie? Wciąż gniewać się będziesz? Zapomnij o dawnych nieprawościach naszych!” (por. Ps 6, 4; 77, 8-10). Wspominając w Confessiones tę przełomową dla całego swego późniejszego życia chwilę, tłumaczył: „Czułem bowiem, że to one, te nieprawości, mnie więżą, więc krzyczałem z głębi niedoli: «Jak długo? Jak długo jeszcze? Ciągle jutro i jutro? Dlaczego nie w tej chwili? Dlaczego nie teraz już kres tego, co we mnie wstrętne?»” (VIII, 12).
I wtedy stał się cud. Bóg wysłuchał błagań Augustyna. W tej bowiem właśnie chwili usłyszał dziecięcy głos, śpiewnie powtarzający refren: „Tolle, legge! Tolle, legge!” – „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj!”. Augustyn zrozumiał, że był to wprost do niego skierowany Boży nakaz. Otworzył więc tom pism św. Pawła. Jego wzrok padł na słowa Apostoła z Listu do Rzymian: „Nie w ucztach i w pijaństwie, nie w rozpuście i rozwiązłości, nie w zwadzie i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, a nie ulegajcie staraniom o ciało i jego pożądliwości” (Rz 13, 13-14). W tym momencie Augustyn poczuł, że Bóg w swoim wielkim dla niego miłosierdziu uleczył go z jego duchowych słabości. „Ani nie chciałem więcej czytać, ani nie było to potrzebne. Ledwie doczytałem tych słów, stało się tak, jakby do mego serca spłynęło strumieniem światło ufności, przed którym cała ciemność wątpienia natychmiast się rozproszyła” (VIII, 12).
Augustyn stał się niejako nowym człowiekiem – pełnym wewnętrznego pokoju, odtąd z wielką mocą i konsekwencją dążącym do coraz większej bliskości z Chrystusem. Mógł z wielka pewnością powiedzieć o sobie: „Nie jakimś mglistym uczuciem, ale stanowczym wyborem kocham Ciebie, Panie. Swoim słowem ugodziłeś moje serce i pokochałem Cię” (X , 6). Dlatego też z jego serca przepełnionego wdzięcznością wobec Tego, którego nazwał Lekarzem swej duszy (por. X, 3), popłynęła przepiękna modlitwa, zawierająca opis jego długiej duchowej wędrówki: „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie – rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią – i oto dyszę pragnieniem Ciebie. Skosztowałem – i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim” (X, 27).
„Panie Boże mój, ulituj się nade mną”
Święty Paweł Apostoł pisał w Drugim Liście do Koryntian do mieszkających tam chrześcijan, których swoim nauczaniem przyprowadził do Chrystusa: „Usiłujecie doświadczyć Chrystusa, który przeze mnie przemawia, a nie jest słaby wobec was, lecz ukazuje w was moc swoją. Chociaż bowiem został ukrzyżowany wskutek słabości, to jednak żyje dzięki mocy Bożej. I my także niemocni jesteśmy w Nim, ale żyć będziemy z Nim przez moc Bożą względem was” (2 Kor 13, 3-4).
Kiedy więc św. Jan Paweł II Wielki w Akcie zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu prosił Boga Ojca, aby „uleczył naszą słabość”, to jednocześnie prosił Go, aby w Chrystusie i przez Chrystusa ukazał nam i w nas moc swoją. Abyśmy coraz bardziej byli świadomi działania w sobie tej samej zbawczej mocy, którą przed wiekami w swoich Confessiones tak oto wysławiał św. Augustyn: „Jakże wielki jesteś, Panie. Jakże godzien, by Cię sławić. Wspaniała Twoja moc. Mądrości Twojej nikt nie zmierzy. Pragnie Cię sławić człowiek, cząsteczka tego, co stworzyłeś (…). Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie. (…) Któż mi da spoczynek w Tobie? Kto sprawi, że wnikniesz w serce moje, że je upoisz? Niechbym zapomniał o niedolach moich i tak przycisnął do piersi jedyne moje dobro, Ciebie… Czymże Ty jesteś dla mnie? (…) Ach, Panie Boże mój, ulituj się nade mną i objaw mi, czym jesteś dla mnie. Powiedz duszy mojej: «Zbawieniem twoim jestem». Tak powiedz, abym usłyszał. Czeka na Twój głos dusza moja, przemów do niej, powiedz duszy mojej: «Zbawieniem twoim jestem». Pobiegnę za tym głosem, pochwycę Ciebie, Panie!” (I, 1, 5).
© Wydawnictwo św. Stanisława BM w Krakowie